Od Michaela CD Czeslava
Wyszliśmy ze sklepu, gdzie powitały nas jasne, ciepłe promienie lipcowego słońca. Huh, zdecydowanie robi się coraz cieplej. Strzyknąłem kośćmi palców lewej dłoni. Wypadałoby niedługo zrobić użytej z dobrej pogody i wyjść na jakiś dłuższy spacer. Może uda się w to wciągnąć Czesia?
- To co najpierw załatwimy Carolinę?- zapytał chłopak, zrównując swój krok z moim.- Czy zaświadczenie?
Gwizdnąłem przeciągle, zaplatając ręce na karku.
- Załatwiać Caroliny od razu nie będzie trzeba, może da po dobroci- wyszczerzyłem się.- Jak coś, przekupimy ją twoją colą.
- Nie ma mowy!- zaprotestował żywo, energicznie gestykulując dłońmi. Całe jego ciało wyrażało oburzenie.- Moja cola to świętość, będę jej bronił do ostatniej kropli krwi!
- A zatem bukiet- uznałem.- Myślisz, że się zgodzi?
- Wystarczającą nagrodą będzie, jeśli załatwimy to raz dwa i nie będziemy odstawiać cyrków- zacytował któregoś z nauczycieli, usiłując nadać swojemu głosowi burkliwy ton. Zaraz jednak oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Oh, spójrz!- teatralnym gestem wskazałem na stokrotki i chabry, bujnie porastające okoliczne pobocza i niewielką łączkę.- Te oto kwiaty wyglądają jakby spod pędzla samego Boga! Weźmy je!
Przyjaciel przewrócił oczami ze śmiechem, ale zerwaliśmy kilka, tworząc jeden mały, ale z serca stworzony bukiet. Po namyśle dodałem też trochę zieleni.
- Brakuje tu coli- uznał.- Colowy kwiat byłby idealny.
- Zjadłbyś go od razu.
- Byłby moim największym skarbem!
- Hm...- pokiwałem z namysłem głową.- Przynajmniej wiadomo, co ci sprezentować na urodziny.
- Zapas coli na rok!- stwierdził natychmiast.
- Wypiłbyś to w dzień- skwitowałem, tarmosząc go po włosach.
- Gdybym dostał porządny zapas, starczyłoby na dłużej!- zaprotestował, dumnie zadzierając nos.
- Sugerujesz, że starczyłoby na dwa dni?- uniosłem brew do góry.- Chciałbym to zobaczyć.
- Jestem zawsze gotowy być obiektem doświadczalnym! Ty pokrywasz koszta!
- No już się rozpędzam- w tej samej chwili stanęliśmy pod drzwiami Akademii. Chowając za plecami bukiet, weszliśmy do środka, idąc w stronę pokoju nauczycielskiego zaskakująco pustymi korytarzami. Większość uczniów wolała o tej porze zaszyć się we własnym pokoju lub skorzystać ze słonecznej, letniej pogody i wyjść na zewnątrz, jak my przed chwilą.
- To co? Ja pukam, ty gadasz?
Ach, te lata podstawówki! Kiedy jeszcze chodziłem jako dziewięciolatek do niewielkiej, wiejskiej szkoły, razem ze swoim kolegą z ławki - Felixem - mieliśmy coś na kształt takiej umowy. Kiedy on miał sprawę, ja pukałem, a kiedy było już za późno, wpychałem swojego nieśmiałego kumpla do środka, gdzie już nie mógł się wycofać, przygwożdżony *hmm* przyjacielskimi spojrzeniami nauczycieli. Z kolei kiedy ja musiałem wejść, pukał on, a ja niemal wskakiwałem, swoim dziecięcym, piskliwym głosikiem wyłuszczając arcyważną sprawę tak dokładnie, jak tylko mogłem.
Teraz byliśmy, co jak co, w dość podobnej sytuacji. Cóż, nie powiem, w jakiś sposób mnie to rozbawiło. Przyjemnie było znowu poczuć się jak mały szkrab z ciężkim tornistrem wypełnionym kredkami, podręcznikami i kartami.
- To co najpierw załatwimy Carolinę?- zapytał chłopak, zrównując swój krok z moim.- Czy zaświadczenie?
Gwizdnąłem przeciągle, zaplatając ręce na karku.
- Załatwiać Caroliny od razu nie będzie trzeba, może da po dobroci- wyszczerzyłem się.- Jak coś, przekupimy ją twoją colą.
- Nie ma mowy!- zaprotestował żywo, energicznie gestykulując dłońmi. Całe jego ciało wyrażało oburzenie.- Moja cola to świętość, będę jej bronił do ostatniej kropli krwi!
- A zatem bukiet- uznałem.- Myślisz, że się zgodzi?
- Wystarczającą nagrodą będzie, jeśli załatwimy to raz dwa i nie będziemy odstawiać cyrków- zacytował któregoś z nauczycieli, usiłując nadać swojemu głosowi burkliwy ton. Zaraz jednak oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Oh, spójrz!- teatralnym gestem wskazałem na stokrotki i chabry, bujnie porastające okoliczne pobocza i niewielką łączkę.- Te oto kwiaty wyglądają jakby spod pędzla samego Boga! Weźmy je!
Przyjaciel przewrócił oczami ze śmiechem, ale zerwaliśmy kilka, tworząc jeden mały, ale z serca stworzony bukiet. Po namyśle dodałem też trochę zieleni.
- Brakuje tu coli- uznał.- Colowy kwiat byłby idealny.
- Zjadłbyś go od razu.
- Byłby moim największym skarbem!
- Hm...- pokiwałem z namysłem głową.- Przynajmniej wiadomo, co ci sprezentować na urodziny.
- Zapas coli na rok!- stwierdził natychmiast.
- Wypiłbyś to w dzień- skwitowałem, tarmosząc go po włosach.
- Gdybym dostał porządny zapas, starczyłoby na dłużej!- zaprotestował, dumnie zadzierając nos.
- Sugerujesz, że starczyłoby na dwa dni?- uniosłem brew do góry.- Chciałbym to zobaczyć.
- Jestem zawsze gotowy być obiektem doświadczalnym! Ty pokrywasz koszta!
- No już się rozpędzam- w tej samej chwili stanęliśmy pod drzwiami Akademii. Chowając za plecami bukiet, weszliśmy do środka, idąc w stronę pokoju nauczycielskiego zaskakująco pustymi korytarzami. Większość uczniów wolała o tej porze zaszyć się we własnym pokoju lub skorzystać ze słonecznej, letniej pogody i wyjść na zewnątrz, jak my przed chwilą.
- To co? Ja pukam, ty gadasz?
Ach, te lata podstawówki! Kiedy jeszcze chodziłem jako dziewięciolatek do niewielkiej, wiejskiej szkoły, razem ze swoim kolegą z ławki - Felixem - mieliśmy coś na kształt takiej umowy. Kiedy on miał sprawę, ja pukałem, a kiedy było już za późno, wpychałem swojego nieśmiałego kumpla do środka, gdzie już nie mógł się wycofać, przygwożdżony *hmm* przyjacielskimi spojrzeniami nauczycieli. Z kolei kiedy ja musiałem wejść, pukał on, a ja niemal wskakiwałem, swoim dziecięcym, piskliwym głosikiem wyłuszczając arcyważną sprawę tak dokładnie, jak tylko mogłem.
Teraz byliśmy, co jak co, w dość podobnej sytuacji. Cóż, nie powiem, w jakiś sposób mnie to rozbawiło. Przyjemnie było znowu poczuć się jak mały szkrab z ciężkim tornistrem wypełnionym kredkami, podręcznikami i kartami.
